Wietnamskie jedzenie cz. 1

Na początku pomyślałam, że ten wpis umieszczę na końcu mojego pobytu tutaj, gdy spróbuje już wszystkich dziwnych potraw, włącznie z psem, do którego wciąż się przymierzam… (Tylko proszę bez krytyki i nawoływania o nawrócenie, nie powiedziałam, że muszę zjeść psa. Chcę spróbować, ale na początku muszę znaleźć dobre, sprawdzone miejsce, a to wcale nie jest takie proste)… po długich przemyśleniach postanowiłam podzielić wpis o jedzeniu na kilka części, kontynuując serię również po moim powrocie do domu, gdy przestanę tylko jeść i zacznę gotować to, co miałam okazję tutaj spróbować, a jest tego naprawdę dużo!

Moje ukochane Pho - pierwsze danie, które zjadłam po przyjeździe do Wietnamu.


Muszę przyznać, że trochę boję się powrotu do Polski właśnie ze względu na jedzenie. Nie chodzi wcale oto, że jest najlepsze na świecie, bo moim skromnym zdaniem kuchnia tajska, a nawet polska jest nieco lepsza. Uwielbiam tutejsze jedzenie (chociaż bywa monotonne), ale najpiękniejsze w Wietnamie jest to, że wychodzisz na ulicę i wszędzie je znajdziesz (no prawie wszędzie…). Boję się, że trudno będzie mi powrócić do codziennego gotowania, które oczywiście kocham, a wyjście do restauracji będzie wiązało się z ogromną frustracją. Dlaczego? Wiemy, jak wyglądają restauracyjne realia w Polsce – chcesz zjeść dobrze, musisz sporo zapłacić, no może nie zawsze, ale nie znajdziemy wielu miejsc, gdzie dobry obiad można zjeść za 4 zł, a w Wietnamie można! Oczywiście to samo danie, które my kupimy za 4 zł, inna osoba kupi za 25 zł, bo taki jest rynek i niestety naiwność białych ludzi… My byłyśmy dobrze przygotowane do zderzenia się z tutejszymi realiami (chociaż nie ominęły nas reakcje wręcz histeryczno-komiczne), ale pewnie i tak niejednokrotnie nas oszukali ze względu na to, że jesteśmy białe. Ceny dań są różne, znajdziemy też takie za 2 czy 3 zł, ale również za 7, 8, 9. Nie mówię tutaj o pięknych restauracjach, a standardowych miejscach, w których na lunchu spotykają się Wietnamczycy. Jeśli chodzi o frustrację, która zapewne czeka mnie po powrocie do Polski, to muszę wspomnieć tutaj o tym, że na posiłek nie czeka się więcej niż 5 minut. Tak długo przygotowuje się tylko smażony ryż, czy makaron, ewentualnie czeka na podgrzanie sajgonek. W polskiej restauracji obiad podany w 5 minut – nie możliwe! Dlatego zadaję sobie pytanie, jak mam wrócić do kraju, gdzie szybki obiad za 4 zł nie istnieje? Tutaj, gdy jestem głodna, wychodzę z akademika, idę do „restauracji” i po 20 minutach wracam zadowolona.

Mój ulubiony deser, czyli Kem Xôi. To specjalny rodzaj ryżu, w tym przypadku zabarwiony na zielono podany z lodami kokosowymi i prażonym kokosem. Cena 10 000 VND.
Do pewnego czasu ciągle jadałyśmy u babury. Zbiła na nas niezłe kokosy. Jednak ostatnio zaczęłyśmy ją zdradzać z ryżownicą i innymi baburami w okolicy. Dlaczego babury? W zasadzie każde miejsce, w którym możemy coś zjeść i nie przypomina wyglądem restauracji w stylu zachodnim, prowadzone jest przez baburę razem z całą familią, a nawet sąsiadami. Naszą baburę podejrzewamy oto, że przejęła całą swoją ulicę. Może pewnego pięknego dnia przejdę się po okolicy i zrobię zdjęcia „restauracji”, w których jadam, ale na razie wolę nikogo nie przerażać. Trzeba raczej czerpać radość z tego, co można ujrzeć na swoim talerzu, a jest co podziwiać! Kwestię tego dlaczego są to „restauracje”, a nie restauracje na razie przemilczę, ale nie omieszkam o tym wspomnieć w innym poście, a musicie mi uwierzyć, że jest o czym! Wybaczcie czasem kiepską jakość zdjęć, ale robię je głównie telefonem, bo bieganie z aparatem nie jest zbyt wygodne, a nigdy nie wiem, co akurat zjem :)

Nie ma kuchni wietnamskiej bez sajgonek. Wietnamska nazwa to Nem Ran. Taki zestaw nazywa się Bún nem. Średnio kosztuje 25 000 VND - dongów, czyli jakieś 4-4,20.
Kolejne zupka do kolekcji. Jej dokładna nazwa to Bún Bò. Od Phở Bò różni się tylko rodzajem makaronu. Dla jasności "bò" to wołowina. Wietnam to raj dla wszystkich fanów wołowiny. Zupka kosztuje 25,000 VND.
Mówimy na to bombobombo, ale prawdziwa nazwa tego dania, a raczej sałatki to: Bún Bò Trộn Nam Bộ. Jest to jedno z droższych dań makaronowych. Kosztuje 40 000 VND, czyli około 7 zł. Jest to makaron z wołowiną, warzywami, orzeszkami i prażoną cebulą.
Po raz kolejny bombobombo, ale w innym miejscu. To jadłam u naszej babury numer jeden, ale nie jest tak dobre jak to wyżej. Warto tutaj zauważyć, że w niektórych miejscach do dań suchych, czyli tych, które w nazwie mają - Trộn - dostaje się małą miseczkę z rosołkiem. W tym miejscu kosztuje 30 000 VND.
Tym razem ryba, czyli bún cá. Można też zamówić wersję suchą bez rosołku. Cena - 25 000 VND. 
Cơm Tự Chọn w dosłownym wyrażeniu "ryż sam wybierasz". Dostajesz talerz ryżu i sam wybierasz dodatki. Każdy dodatek kosztuje 5000 VND, czyli niecałą złotówkę.
Xôi - to specjalny rodzaj klejącego się ryżu, który możemy zakupić z różnymi dodatkami lub bez. W tej miseczce znalazło się smażone mięsko i prażona cebulka. Cena - 25 000 VND.
Phở xào - smażony makaron phở z mięskiem i warzywami. Cena - 40 000 VND.
Wietnam to raj dla fanów tofu, czyli đậu. To tzw. liśc obfitości. Makaron, tofu, plus mięso lub w innych wydaniach sajgonki. To była porcja na dwie, a w zadzie trzy osoby za 45 000 VND.
To moja dzisiejsza kolacja o nazwie, której nie zapamiętałam, ale na liściu znalazł się makaron bun, dwa szaszłyki, sałatka i do tego sajgonki, których nie ma na zdjęciu, bo byłam tak głodna, że nie mogłam czekać. Sajgonki i tak zostały, bo koniec końców nie mogłam podołać. Za talerz zapłaciłam 50 000 VND. Miejsce, w którym jadłyśmy naszą kolację prowadziła Pani, która przez cztery lata mieszkła w Polsce! Taki wielki kraj, a takie przypadki się zdarzają!
Nie ma wpisu bez Bánh mì, ale coś czuję, że będę musiała stworzyć osobny, bo to bardzo szeroki temat! Bánh mì kosztuje od 8000 VND do nawet 50 000 VND. Wiele zależy od składników i miejsca. Zwykle cena oscyluje w okolicy 20 000 VND.
Pyszne phở po raz kolejny... Nie ma tygodnia bez phở, a w zasadzie musi być co 2-3 dni :) Cena 25 000 VND, ale są też miejsca, gdzie można je kupić za 20 000 VND.
Phở Gà - zupka phở ale w wydaniu kurczakowym. Moim zdaniem nie jest tak dobre, jak to z wołowiną.
Caramen - deser, który dostępny jest w wielu opcjach. Trudno opisać co jest w środku, ale mam wrażenie, że wszystko co pyszne i słodkie. Cena od 10 000 do ok. 18 000 VND
Nie ma jedzenia bez przybornika. W Wietnamie każdy sam doprawia sobie danie. Można dodać limonki, ostre papryczki, czosnek, czy różne sosy.
W Wietnamie nie ma MC Donalda - nie przyjął się, ale jest KFC. To dobra odskocznia od tutejszego jedzenia. Taki zestaw, czyli cola, frytki, kurczak, sałatka i zinger (na drugim zdjęciu) kosztuje 79 000 VND.
Bún Tôm - zupka z makaronem i krewetkami za 40 000 VND
Sinh tố - bez koktajli nie ma deserów w Wietnamie. Pyszne, owocowe, orzeźwiające. Nazwy tego tutaj nie pamiętam :) Ceny koktajli wahają się od 20 000 VND do około 50 000 VND.
Zdjęcia wszelkich pyszności na bieżąco wrzucam na swojego instagrama https://www.instagram.com/basiaszw/

Komentarze

  1. Hej! Jakże jestem ciekawa takich smaków, choć nie wszystko wygląda apetycznie. Podglądam Twojego bloga od początku i czekam na opowieści już w Polsce. Pozdrawiam, najstarsza siostra cioteczna.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz